2007-12-28

gorące święta

Dobiega końca oktawa uroczystości Narodzenia Pańskiego. Były to nasze pierwsze święta, które spędziliśmy poza granicami naszego kraju. Nie byłoby w tym nic szczególnego (przecież wiele osób spędza święta w innym regionie świata), gdyby nie fakt, że do ich przygotowania włożyliśmy sporo wysiłku. Po raz pierwszy sami byliśmy odpowiedzialni za całokształt prac; począwszy od kościoła, a skończywszy na kuchni. Uruchomiliśmy całą naszą wiedzę kulinarną związaną z wigilijnym stołem, podpieraliśmy się doświadczeniem naszych rodzin oraz zakonnej tradycji, i choć nie było 12 potraw, to byliśmy zadowoleni z tego co upichciliśmy. Nie było co prawda karpia i barszczu z uszkami, bo trudno to znaleźć w Turcji, ale zjedliśmy wszystko ze smakiem, bo wieczerzę rozpoczęliśmy dość późno, bo o 21.30.
Wieczerza wigilijna była przewidziana po mszy św. -"Pasterce", która rozpoczęła się o 19.00. Była to dość niezwykła msza (nie tylko dlatego, że każda msza św. jest wyjątkowym wydarzeniem w życiu chrześcijanina). Przewodniczył jej i homilię wygłosił o. Adriano Franchini, kustosz Kustodii Tureckiej. Niespełna 3 dni wcześniej wyszedł ze szpitala, w którym przebywał na skutek rany kłutej zadanej nożem w brzuch przez 19 letniego muzułmanina po mszy św. 16 grudnia. Nie będę się nad tym rozpisywał, bo myślę, że każdy, kto choć trochę interesuje sie Turcją słyszał o tym wydarzeniu. Chciałbym tylko dodać do wydarzeń w głównej mierze sporządzonych przez muzułmańskich dziennikarzy (jak to zwykle bywa dziennikarze jak nie wiedzą co, to piszą rzeczy ciekawe, ale nie koniecznie mające związek z rzeczywistymi wydarzeniami), co może pomóc w odgadnięciu motywów ataku. Otóż, ów młodzieniec zadzwonił do naszej furty ok. 10.20 (40 minut przed mszą). Przy drzwiach zapytał mnie po turecku (trochę już rozumię) 1. czy tu jest kościół? (wejście, do którego zadzwonił jest z tyłu kościoła) 2. czy będzie msza? i 3. czy jestem księdzem? Nie wydało mi się to zbyt nadzwyczajne, bo zdarza się, że muzułmanie przychodzą na msze i mogą o pewnych rzeczach nie wiedzieć. Dowiedziawszy się, że po angielsku ani po włosku sobie nie pogadamy, pozostawiłem go na krześle przed domem, aby poczekał na resztę parafian i Adriano, którego jeszcze nie było (dojeżdża z Meryemana tj. ok. 80 km) i poszedłem do kościoła przygotować co potrzebne do mszy. Później witając się z Adriano, pytał mnie o tego człowieka, bo widział go po raz pierwszy i wydal mu się nieco podejrzany. Reszta wydarzeń opisanych przez dziennikarzy mniej więcej wydaje się być wiarygodna.
Wracając do Mszy świętej bożonarodzeniowej; jest ona zawsze niezwykłym wydarzeniem w parafii i przyciąga nieco większą ilość wiernych, to tym razem była ono powiększona o 3 "aniołów stróżów" wewnątrz świątyni i jeszcze kilku na zewnątrz, którzy z urzędu opiekują się teraz o. Adriano. Niestety główny celebrans nie mógł z nami spożyć wigilijnej wieczerzy, gdyż po krótkiej parafialnej agapie udał się (pod eskortą) do Meryemana. Teraz to sanktuarium przypomina twierdzę, zwłaszcza po ostatnich doniesieniach z Istanbułu, że jest ktoś jeszcze, który chce dokończyć "nieudaną pracę" poprzednika.
Odtąd wiarę w niebieskich posłańców możemy nazwać wiedzą, bo nawet mamy do nich numery komórkowe, możemy z nimi porozmawiać po turecku lub po angielsku i zlatują się tu teraz dość regularnie.
br. Paweł

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

straszne...

Anonimowy pisze...

Aż trudno uwierzyć w tę opowieść zwłaszcza osobie ,która była zaledwie parę miesięcy temu,prawie w tym samym miejscu ,tyle,że w celach turystycznych.Turyści są traktowani iście po królewsku ale business is business a fanatyzm religijny to zupełnie inna historia.Ciepło pozdrawiam i będę wspominać w modlitwie